2017-09-22

Zenon Martyniuk: Jest jeszcze dużo do zrobienia

0

Gwiazdor wyznał w rozmowie z POLSAT.PL czy czuje się królem. Niedawno ukazała się jego biografia, a wkrótce wystąpi na największej tanecznej imprezie w Polsce „Roztańczony PGE Narodowy”. Czy Zenon Martyniuk uważa, że osiągnął już wszystko?

Z Zenonem Martyniukiem umówiłam się przy okazji promocji jego pierwszej i jedynej biografii „Życie to są chwile”. Wywiad miał odbyć się dwie godziny przed oficjalnym spotkaniem autorskim w jednej z warszawskich księgarń. Obawiałam się, że będę miała problem, aby odnaleźć go na miejscu. Niepotrzebnie. Drogę wskazywał gęstniejący z każdą chwilą tłum, udający się dokładnie w tym samym kierunku. Fani reprezentowali cały przekrój społeczeństwa. Niektórzy przejechali ponad 200 kilometrów, żeby zobaczyć na własne oczy swojego króla. Jedynego w swoim rodzaju, prawdziwego i skromnego. Człowieka, dla którego najważniejsza jest muzyka, rodzina i przyjaciele. Białego cygana, któremu w duszy gra. Wirtuoza gitary i niekwestionowanego idola milionów Polaków na całym świecie. Lub po prostu... Zenka Martyniuka.

- Wydajesz się być bardzo skromnym człowiekiem. Jak czujesz się kiedy ludzie nazywają Cię królem? - To określenie przylgnęło do mnie już jakiś czas temu. Około dziesięć lat wstecz jeden z prezenterów na antenie Radia Jard zaczął nazywać mnie niekoronowanym księciem Podlasia. Tytuł króla pojawił się w 2014 roku po powstaniu piosenki „Przez Twe oczy zielone”. Przede wszystkim jest to bardzo miłe. Może na początku było dla mnie trochę dziwne, ale faktem jest, że napisałem w życiu już wiele utworów, więc mój dorobek artystyczny jest całkiem potężny. Dostałem kiedyś od moich fanów nawet statuetkę, do której dołączona była karta z napisem. „Zeniu, byłeś jak nie było disco polo. Jesteś, jak jest disco polo. Będziesz, jak nie będzie disco polo”. Coś w tym jest, bo zacząłem grać w 1983 roku, kiedy rzeczywiście nikt nie słyszał o terminie takim jak muzyka disco polo. Wszystko zaczęło się od koncertu Roberto Zanettiego, znanego jako Savage, który miał niegdyś przyjechać do Polski i zagrać z nami na scenie. Na plakatach tytułowano go królem italo disco. Pomyślałem, że głupio to będzie wyglądało obok „muzyki chodnikowej”, bo tak właśnie kiedyś określano disco polo. Stwierdziłem, że trzeba coś fajnego wymyślić… i tak powstała nazwa naszej rodzimej muzyki tanecznej.

- O czym myślisz, kiedy patrzysz na tysiące fanów pod sceną?
- Zawsze się cieszę, kiedy widzę wpatrzone we mnie oczy. To właśnie dla takich chwil tworzę, nagrywam i pracuję. Kiedy wychodzę na scenę skupiam się jednak na tym, co mam robić. Myślę o piosence, która za moment rozbrzmi nad głowami ludzi i to zajmuje mnie w stu procentach. Jedni znają lepiej moje utwory, inni gorzej, ale większość śpiewa razem ze mną i dzięki temu powstaje między nami fajna więź. Pamiętam, że już od dziecka ciągnęło mnie do występów. Wspominam często pierwsze koncerty na wiejskich zabawach, pierwsze wywiady w radiu. Miałem z tego niesamowitą frajdę. Zresztą mam nadal. Chciałem grać jak Modern Talking, Savage czy Bad Boys Blue. Podobały mi się ich piosenki, bo w moim sercu zawsze znajdowała się muzyka taneczna. Marzenie się spełniło. Gram a ludzie mnie słuchają.

- Jesteś na szczycie. Wiąże się z tym rzesza fanów, ale również wszechobecny hejt, który dotyka również disco polo. Jak reagujesz na krytykę?
- Kompletnie nie przejmuje się żadną krytyką. W muzykę, którą tworzę wkładam całe swoje serce. Nie wypuszczę piosenki, dopóki nie będzie perfekcyjnie dopracowana, a czasem trwa to dwa lata… Utwór musi podobać się też mojej rodzinie, głównie żonie. Danusia ma dużo do powiedzenia w tej kwestii i zawsze liczę się z jej zdaniem. Interesują mnie tylko moi bliscy i moi fani - to oni muszą aprobować to, co robię. A hejterzy zawsze się znajdą i to nie tylko w disco polo. Każda muzyka ma swoich zwolenników i przeciwników, ale najważniejsze, żeby robić swoje.

- Twoje życie wydaje się niemal idealne, a jedyną skazą jest palenie. Masz jeszcze jakieś wady?
- Hmmm, faktycznie palenie można uznać za wadę, ale do tej pory nie patrzyłem na to w ten sposób (śmiech). A czy mam jakieś inne wady, to trudno mi powiedzieć. Musiałabyś zapytać o to moją rodzinę. Jestem zwykłym chłopakiem, który chce grać.

- Nigdy nie byłeś skandalistą. Nie karmiłeś prasy sensacjami ze swojego życia. Co myślisz o takiej ścieżce kariery, którą często wybierają wschodzące gwiazdy?
- Nigdy nie popierałem i nie będę popierał takiej promocji. Nie tędy droga. Dobra muzyka zawsze się obroni i przetrwa. Skandal ma krótką żywotność i nawet jeśli przyniesie chwilowe benefity, to o sukcesie artysty decyduje przecież jego twórczość.

- Gdzie jest Twoje miejsce na ziemi?
- Zwiedziłem prawie cały świat, ale moim ukochanym miejsce zawsze był i będzie dom rodzinny. Często gram dla Polonii w różnych krajach. Norwegia, Niemcy, Stany, Anglia, naprawdę długo by wymieniać. Organizatorzy zawsze starają się pokazać nam jak najwięcej, więc dużo zwiedzamy. Fajnie poznawać nowe miejsca, ale jak to się mówi „wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. To właśnie w domu najbardziej odpoczywam. Nie potrzebuję niczego więcej.

- A Stany Zjednoczone? Często tam latasz.
- Pierwszy raz wybrałem się do USA w 1995 roku. To był mój debiutancki lot samolotem i jednocześnie wielkie przeżycie. Koncertowaliśmy tam, a na Times Square nakręciliśmy nawet teledysk. Lubię Amerykę i chętnie robię tam na przykład zakupy. Zawsze odwiedzam 5th Avenue w Nowym Jorku, żeby kupić stroje na scenę. Nie żałuję pieniędzy na ubrania, dlatego zaglądam na przykład do Armaniego czy Versace. Na koncercie muszę dobrze wyglądać, bo szanuję publiczność. Skoro ktoś poświęca swój czas po to, żeby mnie zobaczyć, to nie mogę go zawieść. W Stanach czuje się swobodnie, nikt nie zaczepia mnie na ulicy i mogę w spokoju wypić kawę. Zwiedziłem ten kraj wzdłuż i wszerz, całe wschodnie wybrzeże, Los Angeles, San Francisco, Las Vegas, wszystkie góry… ale jednak nie chciałbym tam mieszkać.

- Czy artyści mają teraz łatwiej czy może wręcz przeciwnie? Czy rynek muzyczny jest teraz dla nich bardziej łaskawy niż w latach osiemdziesiątych?
- Mam wrażenie, że rynek muzyczny jest teraz bardziej wymagający. Karierę robią te zespoły, które naprawdę coś sobą reprezentują. Zazwyczaj dostajesz jedną szansę, którą albo wykorzystasz albo nie. Mimo wszystko, wydaje mi się, że teraz jest łatwiej. Jest YouTube i inne kanały, dzięki którym można się wypromować. Potrzeba oczywiście do tego nie tylko umiejętności, ale i szczęścia. Technika poszła do przodu i sprzęt muzyczny jest na o wiele wyższym poziomie. Można tworzyć fajne rzeczy, których później nie trzeba będzie się wstydzić.

- Czy czujesz się wolny?
- Tak. Mogę powiedzieć, że jestem wolny. Robię to, co chcę i jak chcę. Nikt mi nie rozkazuje. Sam decyduję o tym, na jakich koncertach zagram. Sam odpisuję na maile, a mam co czytać… W tej chwili mam prawie trzy tysiące zaproszeń na różnego rodzaju eventy. Organizatorzy proszą mnie o wykonanie chociaż kilku piosenek, ale niestety nie zawsze mogę wszystko połączyć. Zaproszeń jest mnóstwo, a czasu jak na lekarstwo. W 2018 roku mam już zajęte wszystkie weekendy, a zapytania są już na rok 2019, 2020… Niektórzy mówią „Zeniu odpuść już trochę sobie”, ale ja nadal chcę tworzyć, grać i zabawiać ludzi, bo jest jeszcze dużo do zrobienia.

Rozmawiała Joanna Grochal

„Roztańczony PGE Narodowy” w sobotę 23 września od godz. 20:05 w Telewizji POLSAT i od godz. 22:05 na kanale Disco Polo Music.

 

Zobacz także
„Wszystko czego dziś chcę” na festiwalu w Stężycy
Kayah: Przede mną bardzo pracowity czas
„Disco Pod Gwiazdami 2017”. Już 12 i 13 sierpnia!

Komentarze
© Disco Polo Music 2017